Rowery, które Wam przedstawiamy nie są dla człowieka, dla którego liczy się pokonanie trasy z punktu A do B. To sprzęt dla wagabundy chcącego przejechać każdy metr tej trasy, od początku do końca, dla czerpiącego radość z trudnych zjazdów i nie mniej łatwych podjazdów. Po prostu prawdziwe, nie wirtualne, enduro.
Upał 30°C, żar się leje z nieba, pot z czoła, a podjazd dłuży się w nieskończoność. Wielkie kamienie wrośnięte w ziemię nie ułatwiają zdobywania wysokości, niekiedy dodatkowo oplecione korzeniami drzew, które jakby nie chciały wypuścić ich ze swoich objęć, żeby utrudnić jazdę. I jeszcze ta czarna chmura wisząca mi nad głową. Na szczęście, a może niestety to nie obłok zapowiadający nadejście chłodnego deszczu tylko brzęczący rój much i komarów, skutecznie zachęcający do kontynuowania podjazdu. No ale sam tego chciałem. Taki urok Beskidu. Ale byłby zjazd! Tymczasem mozolnie pokonuję korzeń za korzeniem, powoli wspinając się do góry. Do diaska, przecież na piechotę byłoby szybciej, no ale w końcu jestem tu po to, żeby jeździć, a nie chodzić. Kiedy ten podjazd się skończy? Nie, lepiej niech się nie kończy, bo inaczej nie uwierzę, że da się go pokonać bez zsiadania z roweru.

Wirtualny punkt vs pływająca oś
Na wstępie chcielibyśmy rozwiać wszelkie wątpliwości co do określenia „Virtual Pivot”. Większość ludzi słysząc to myśli o VPP stosowanym w rowerach Santa Cruz i Intense. Te marki wykorzystują specyficzne rozwiązanie, w którym łączniki obracają się w przeciwnych kierunkach. Ale pierwsze VPP, zanim Santa go przejęła, wprowadzone na rynek i opatentowane jakieś 10 lat temu przez Outland Bicycles, wyglądało zupełnie inaczej. Co prawda tam też dźwignie obracały się w przeciwnych kierunkach, ale były malutkie i umieszczone pod suportem. Dzięki nim ścieżka, po jakiej przemieszczała się oś koła, miała nietypowy kształt. W Maestro oba łączniki obracają się w tę samą stronę, a producent nazywa to systemem z pływającą osią obrotu. Jednak mechanice jest obojętne czy punkt obrotu nazwie się wirtualnym punktem czy pływającą osią, zasada jest ta sama i żeby nikt się nie poczuł urażony, systemy tego typu będziemy nazywać zawieszeniami z tymczasowym punktem obrotu (TPO), czyli zmieniającym swoje położenie w miarę ugięcia się zawieszenia.

Geneza
Pomysł na zawieszenia z krótkimi łącznikami pomiędzy przednim i tylnym trójkątem nie jest nowy, ale dopiero ostatnimi czasy widać jego ekspansję. O pomoc w wyjaśnieniu co szczególnego jest w tych zawieszeniach, poprosiliśmy Jana Karpiela - można by rzec, jednego z pionierów zajmujących się budowaniem ram z zawieszeniami z TPO. Swoje eksperymenty rozpoczął jeszcze zanim Klassen i Calon opatentowali konstrukcję używaną dziś przez Santa Cruz. Przy okazji mogliśmy pojeździć na jego nowym wynalazku: - Na razie jest to jeszcze prototyp i już wiem, że będę musiał zmienić układ dźwigni. Po kontuzji pięty chciałem zbudować sobie lekki rower enduro ze sztywnym tyłem i nawet nie chciało mi się go rysować - tak odpowiada na pytanie, skąd nagle w asortymencie jego rowerów zjazdowych ze skokiem dochodzącym do 300 mm pojawił się „rowerek”, który będzie miał skok 150 mm.

Teoria
A dlaczego TPO? Co jest w tych systemach, że tak wzrasta ich popularność? Aby to wyjaśnić musimy zacząć od wyjaśnienia, co się dzieje z rowerem podczas pedałowania. Naciskając na pedały, niejako co pół obrotu korb dociskamy rower do ziemi. W systemach jednoosiowych z osią obrotu umieszczoną nisko nad osią suportu powoduje to kompresję zawieszenia. Efekt ten jest dodatkowo potęgowany przez napięcie łańcucha. W rezultacie zawieszenie pompuje przy każdym naciśnięciu na pedał i tylko dzięki hydraulice dampera, która tłumi niepożądane bujanie, nie jest to bardzo uciążliwe. Sęk w tym, że zwiększając tłumienie kompresji lub powrotu żeby zapobiec bujaniu, ogranicza się aktywność amortyzacji. Dlatego rower potrzebuje mechanizmu przeciwdziałającego kompresji zawieszenia, tzw. antysprężania, innymi słowy usztywnienia zawieszenia podczas naciskania na pedały. Próbowano to uzyskać podnosząc oś obrotu wahacza. Umieszczenie osi obrotu wyżej sprawia, że napięcie łańcucha będzie przeciwdziałać siłom przykładanym do korb, które powodują kompresję. Jednak zbyt wysokie położenie osi może powodować znaczne cofanie się korb i zbyt duże usztywnienie zawieszenia podczas sprintów. Innymi słowy rower będzie miał za duże antysprężanie. Najlepiej żeby oś zmieniała swoje położenie i tu TPO wykazuje jedną ze swoich zalet. Poprzez prawidłowe dobranie długości łączników i ich kątów nachylenia można uzyskać zawieszenie, które będzie niemal niezależne od napędu. Będzie posiadać optymalne „antysprężanie”, czyli nie będzie zapadać się podczas każdego naciśnięcia na pedały i jednocześnie pozostanie czułe nawet na najmniejsze nierówności również podczas przyspieszania. Zauważcie, że we wszystkich rowerach z TPO dolny łącznik jest ustawiony pod podobnym kątem. Podczas ugięcia zawieszenia położenie łącznika zbliża się do poziomego powodując „naciąganie” łańcucha. Przy czym im bliżej poziomu, tym przyrost długości tylnego widelca jest mniejszy i maleje „antysprężanie”.


Strict Standards: Only variables should be passed by reference in /home/bikeboard/domains/bikeboard.pl/public_html/smarty/plugins/function.x_paginator.php on line 35

Dodano: 2006-08-31

Autor: Tekst: Marcin Wielkiewicz

Tagi: full, amortyzacja, Giant, SAG, Santa Cruz

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • lekkie koła do maratonu
  • Road Tour 2019
  • Andy - Apu Wamani
  • testujemy: Fulle XC, Ghost Kato 3.9 AL, KTM X-Strada 20, Trek Madone SLR 9 Disc eTap,Merida Silex 200, Scott Ransom 920