Koledzy z redakcji wciąż z wypiekami wspominają pierwszą Konę Honzo na stalowej ramie z napędem 1×9 (sic!). Skręcała tak, jakby prawa fizyki nie obowiązywały i jeździła lepiej niż wiele ówczesnych fulli allmountain. Dzisiejszy Honzo to też prawdziwy ścieżkowiec.

Kona Process była jedną z czołowych pozycji na mojej liście „muszę się przejechać”... głównie ze względu na egzotyczny wygląd i rzadkość występowania. Czy spełniła moje oczekiwania enduro?

Na początek kilka liczb, za które go znienawidzisz. Po pierwsze 14,3 kg i to bez pedałów! Po drugie rama ciężka jak nieszczęście. Nie! Jak kilka nieszczęść na raz, Kona sprytnie dokooptowała koła ważące tyle, co grzechy Stalina i... będziesz go kochał do nieprzytomności.

Od zamierzchłych szkło kocha Kony. Dlatego na ścianach wielu warsztatów do dziś dnia wiszą plakaty z rowerami tej marki, a filmy z Joe Smithem, Mitchem Delfsem, Grahamem Agassize czy Dylan Sherrard święcą tryumfy na platformach z filmami.

Kona chce stworzyć jeden rower do wszystkiego. Uniwersalny na tyle, żeby swobodnie podjeżdżać, i dający frajdę nawet na trasach DH. Pretendentów do bycia najlepszym w tej dziedzinie wbrew pozorom jest obecnie całkiem sporo.

Słyszeliśmy już sporo o górskich nowościach Kona na sezon 2012, nowości szosowe nie zyskały takiego rozgłosu. A to szkoda, bo w sumie są to całkiem interesujące rowery. Całkowicie nowa, carbonowa rama modelu King Zing pochodzi z katalogu Dedacciai.

Nie tak dawno pisaliśmy o pierwszym w historii węglowym sztywniaku Kony do XC. Takie posunięcie nie stanowi być może zbyt dużego zaskoczenia zarówno w erze wszechobecnego carbonu, jak i wobec istnienia wiele lat wcześniej doskonałych „skandyjskich” sztywniaków Kula. Niemniej w pełni zawieszone rowery kanadyjskiej marki raczej mało wbijały się w segment długodystansowy.

Trzeba pojechać w góry zrobić test i zdjęcia, masz jakiś pomysł? - zapytał Miłosz. Odpowiedziałem, że w sobotę chcę jechać pod Smrk. - No chyba Cię pogięło, przecież to ponad 400 km w jedną stronę! - oburzył się naczelny, ale za chwilę dodał - Daj mi się zastanowić - i odłożył telefon.

Magic Link zadebiutował podczas Targów Eurobike 2007. Po dwóch latach przyszedł czas na zmiany, na „magię” drugiej generacji. Wysłuchano naszych pragnień wyrażonych na piśmie! Dolne rury wahacza zostały poprowadzone tym razem nad suportem i łączą się bezpośrednio z mocowaniem dampera wspomagającego.

Przeważnie nie wierzymy w cudowne rozwiązania, dopóki sami ich nie sprawdzimy. Podchodzimy do nich sceptycznie, ale też z ciekawością, szczególnie, gdy jest to coś nowego, czego jeszcze nikt inny nie zastosował. Kona CoilAir z Magic link daleka jest od ideału, ale trzeba przyznać, że sam pomysł automatycznej zmiany geometrii jest ciekawy i co najważniejsze działa w tym rowerze. 


Aktualny numer

Piszemy m.in.

NOWOŚCI 2018

ROWERY 2018

Kaszubska marszruta

Blood Road