Powietrzny amor z hydraulicznym tłumieniem, regulacją skoku i blokadą sterowanymi z kierownicy za jedenaście stówek? Jeszcze trzy lata temu można było coś takiego kupić, ale na Allegro. Teraz to jednak rzeczywistość, pora zatem przestać się zachwycać tym, że takie amortyzatory w ogóle istnieją, a czas zabrać się do rzetelnej oceny ich funkcjonalności.

Czy możliwe, aby wyczynowy amortyzator XC służył równocześnie do ostrego katowania na górskich zboczach? Rock Shox udowadnia, że tak!

Rowery, które Wam przedstawiamy nie są dla człowieka, dla którego liczy się pokonanie trasy z punktu A do B. To sprzęt dla wagabundy chcącego przejechać każdy metr tej trasy, od początku do końca, dla czerpiącego radość z trudnych zjazdów i nie mniej łatwych podjazdów. Po prostu prawdziwe, nie wirtualne, enduro.

W rowerach z amortyzacją tylnego koła poważnym problemem jest tzw. „pompowanie”. Nacisk na pedały wywołuje przysiadanie zawieszenia i część energii kolarza marnuje się na niepotrzebne uginanie sprężyny amortyzatora tylnego. Jawne marnotrawstwo, a w obliczu mizernej mocy „motorka”, prawie katastrofa.

Kiedy rozpoczęliśmy ten test nikt nie chciał być oblatywaczem J4. Wszak to potomek Judy TT, który był synonimem przestarzałych rozwiązań i słabej jakości. A teraz test J4 już za nami, a rozstanie było tak trudne jak w czarno-białym filmie Casablanca.

2004 rok się skończył. Skończył się pierwszy dla mnie sezon maratonów. Pierwsze szlify na skórze i na bajku. Moje wyniki w generalce nie spowodowały, żeby strzelały korki od szampana. Mocne postanowienie poprawy. Oczywiste rozwiązanie polegające na zwiększeniu i poprawieniu treningu okazało się niewykonalne. Pozostała więc inwestycja w sprzęt.

Tak jak symbolem niezmienności jest krowa, tak rower powinien zostać uznany za symbol dynamicznych zmian. Praktycznie co roku ustalane są nowe wzorce. Kierunek jest stały: maksimum zabawy, minimum wysiłku. Obecnie oznacza to szybsza jazdę w coraz trudniejszym terenie, za mniejsze pieniądze i przy mniejszych umiejętnościach. Mnie to pasuje, a Wam?

Siedem lat temu dokonałem trudnego wyboru. Kupiłem rower trekkingowy na kołach 700, dzisiaj przez guru Fishera ochrzczonych magiczną już liczbą 29". Trafiłem na bardzo dobrą aluminiową konstrukcję crossową i wbrew wszelkim modom dojechałem na niej do dzisiaj, zmieniając opony na coraz szersze, a ścieżki na coraz węższe. I tylko jedna rzecz u "górali" budziła moją zazdrość: amortyzator! Te, które mogłem do siebie założyć, nie budziły zachwytu ani wartością skoku, ani wyglądem. A nadgarstki bolały coraz mocniej... Znalazłem go w końcu w Internecie. Niewiele myśląc poszedłem do sklepu i zamówiłem. Minęły prawie 3 miesiące...


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później