Kiedy na wiosnę 2012 roku opublikowaliśmy opis metody, według której od pewnego czasu opracowywaliśmy testy rowerów, wstawiliśmy jedno zdanie-bezpiecznik: Procedura jest ciągle unowocześniana i nie możemy obiecać, że jutro nie wywrócimy jej do góry nogami. Napisaliśmy tak, ponieważ już w chwili publikacji chcieliśmy zaproponować nową, bardziej radykalną wersję testów laboratoryjnych, nad której koncepcją myśleliśmy intensywnie. Była szczególna, bo badała rower jako całość, a nie zbiór części przykręconych do ramy.


Przed jej wprowadzeniem wstrzymywało nas przeświadczenie, że kupujący tuż po zakupie będą wymieniać w swoich rowerach widelce oraz komponenty kokpitu czy w ogóle modyfikować inne części. Jednak z roku na rok przekonywaliśmy się, że sprzedaż nowych widelców solo spada do poziomu praktycznie niezauważalnego, sprzedanie używanego widelca graniczy z cudem, a branża dojrzała i coraz lepiej dopasowywała komponenty do realnych potrzeb modelu za określone pieniądze, ale i do rozmiaru oraz geometrii ramy. Nie bez wpływu okazały się częste zmiany tzw. „standardów”, praktycznie uniemożliwiające sensowne ekonomicznie modyfikacje. Rowery stały się jak samochody – kupujesz gotowca w określonej opcji, w razie czego wymieniasz części na zamienne, a potem próbujesz go sprzedać na rynku wtórnym. Chyba że potrzebujesz maszyny typu „WRC”, no to masz bracie/siostro problem. Ale tu nie będziemy się nim zajmować.


Dyskusje odbijały się od sufitu redakcji, wzajemne oskarżenia i fochy zwolenników tej czy innej teorii badawczej groziły rozpadowi redakcyjnej jedności. Dlatego w proces twórczy włączyliśmy niezależnych ekspertów. Dr Tomasz Korbiel z Katedry Mechaniki i Wibroakustyki AGH intensywnie namawiał nas na porzucenie metody badania elementów i ekstrapolacji wyników na całość. Nasz wieloletni współpracownik i jeden z twórców poprzedniej metody, Marcin Wielkiewicz, też coraz bardziej skłaniał się do sposobu holistycznego. Jednak rolę języczka u wagi odegrał słynny Jan Karpiel, wizjoner i jeden z najważniejszych projektantów rowerów na świecie. Kiedy przedstawiliśmy mu nasz pomysł, powiedział tylko: właśnie tak! Bo pamiętajcie, że rower to nie tylko łańcuch wzajemnie zależnych elementów, ale ze względu na fakt, że różnica mas rowerzysty i roweru jest taka, a nie inna, nie wolno rozpatrywać sztywności bocznej bez uwzględnienia obciążenia i pracy zwieszenia, wszak charakterystyka pracy... . Darzymy Jana ogromnym szacunkiem i mamy wielki respekt dla jego doświadczenia. Jednak liczba szczegółów, jakimi interesuje się nieprzeciętny konstruktor różni się od ciekawości zwykłego nabywcy. Dlatego nadal słuchaliśmy, jednak głos Janka jakby cichł w oddali. Wówczas Marcin Wielkiewicz powiedział: to oczywiste, badając sztywność, zwłaszcza widelców, powinniśmy sprawdzać, jak zachowuje się w czasie realnej jazdy. Można to uzyskać, uwzględniając SAG. I tak potoczyście spędzaliśmy wieczory po pracy.


Wreszcie klamka zapadła, a Wielkiewicz rozpoczął projektowanie nowych elementów pomiarowych. Dlatego kiedy w redakcji pojawiło się nieoczekiwane CV od Rafała Czarkowskiego – inżyniera z firmy Kross – list motywacyjny nie był potrzebny. Mamy fuchę w naszym labie, jesteś zainteresowany? – zapytał go naczelny. A Rafał spakował torbę i przyjechał na drugi koniec Polski. Wprawdzie proces koncepcyjny i projektowy był zakończony, jednak potrzebowaliśmy praktyka, który „wyprodukuje” poszczególne elementy, odbierze je od podwykonawców, skalibruje system i przede wszystkim dowie się, co dzięki niemu udaje nam się mierzyć. Długi rok trwały równoczesne prace badawcze na starym i nowym systemie. W tym czasie przez nasze laboratorium przewinęło się ponad 70 rowerów. Szkoda, że nie mogliśmy pokazać, że rzeczywista ilość pracy była dla nas dwukrotnie większa. Jej podsumowaniem było zebranie, w czasie którego mieliśmy porównać wyniki starej i nowej metody łeb w łeb.


Zrobiliśmy to w sposób, który umiemy najlepiej. Po prostu przeprowadziliśmy test porównawczy. Kiedy Rafał skończył swoją prelekcję (półzdaniami, bo nie jest przesadnie rozmowny), opisał wyniki i omówił zalety oraz wady obu systemów, na dłuższą chwilę zapadła w redakcji cisza. Wreszcie przerwał ją naczelny, mówiąc zaczynamy. „Co?” – zapytał precyzyjny jak szwajcarski czasomierz sekretarz redakcji Paweł Kisielewski. No jak to co? Demontujemy stare przystawki i lecimy po całości nowym systemem! – rzucił przekonany, że wszyscy czytają w jego myślach Kędracki. No to voilà.

Dodano: 2017-01-10

Autor: Tekst: Miłosz Kędracki, Rafał Czarkowski

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później